miasteczko Yogyakarta, dla wiekszosci tutejszych i zaaklimatyzowanych turystow to poprostu Yogya (czyt. dżogdża). przyjemne byly juz pierwsze minuty, kiedy wysiadalem z samolotu z Bali w lejacym deszczu. lotnisko male, z samolotu do terminala trzeba przejsc po plycie lotniska. ku mojemu zaskoczeniu wysiadajac dostalem ogromny parasol, ktory zaslonil mnie calego i caly moj plecak przed zacinajacym deszczem.
bardzo sympatycznych Indonezyjczykow poznalem tez w hotelu i we wspolpracej agencji turystycznej. priorytetem dla mnie w tej czesci Jawy bylo zobaczenie buddyjskiej swiatyni Borobudur. najlepiej ogladac ja bladym switem, jeszcze zanim komunikacja publiczna uruchomi swoje kursy, wiec pozostaje wycieczka. tym razem, cale szczescie, zeby wycieczka doszla do skutku, conajmniej dwie osoby nie musialy sie zapisywac jednoczesnie. chyba tylko dzieki temu pojechalem, oprocz mnie jechaly tylko dwie osoby.
po godzinnej jezdzie za miasto mijajac dymiacy wulkan Merapi, o 6 rano dojechalem do Borobudur. jako jeden z nielicznych turystow zdobywalem kolejne poziomy swiatyni wznoszac sie ponad mgle zalegajaca w dolinach. przepiekny widok...
w miescie Yogya nie moglem ominac oczywiscie lokalnego targu. do kupienia byly przede wszystkim roznego rodzaju ptaki, od golebi przez kanarki az po sowy, oczywiscie klatki dla nich wszystkich, takze pokarm swiezy i suszony. ale byly tez i weze, a nawet takie "pospolite" zwierzatka jak kroliki...
w innej czesci targu byl dzial spozywczy, z wyjatkowo smakowicie wygladajacymi muchami z kawalkami kurczaka.
jednego wieczoru poszedlem ogladac tradycyjny indonezyjski balet ramayana. bardzo kolorowy, ekspresyjny i zupelnie inny od naszej rodzimej sztuki. zapraszam do obejrzenia zdjec.
innego dnia pojechalem do drugiej swiatyni pod miastem. teraz z kolei nie bylo dwoch osob potrzebnych do zorganizowania wycieczki, wiec musialem jakos sam sie tam dostac. jeden z moich nowych indonezyjskow "kolegow" dal sie przekonac zeby mnie tam podwiezc za pol ceny, ktora poczatkowo chcial. znowu o 5 rano wyjechalismy, tym razem na skuterze. dzien wczesniej z wlascicielem hostelu zwiedzalem miasto tez na skuterze, wiec bylem juz przyzwyczajony do jazdy tym srodkiem transportu w sposob azjatycki. wiec mimo, ze zaspany, trzymalem sie mocno i dojechalem bezpiecznie do Prambanan, kolejnego hinduistycznego kompleksu swiatyn zniszczonego mocno podczas trzesienia ziemii w 2006 roku.
ale jeszcze pare slow o skuterach. moze nie jest to najwygodniejszy sposob zwiedzania, zwlaszcza dla pasazera, ale to jest 1000% Azji. tu w kazdym kraju, w kazdym miescie ulicami plyna potoki trabiacych na wszystko skuterow. chodniki sa zastawione skuterami, sa pilnowane przez parkingowych, podobnie jak pod sgh czy centralnym w warszawie. wiele skuterow jest kilkukrotnie starszych ode mnie, wiele trzyma sie tylko dzieki szczelnemu owinieciu tasma klejaca. ale to jest wlasnie Azja. bardzo sie ciesze, ze te dwa dni spedzilem na skuterach, jako jeden wsrod tlumu. chcialoby sie powiedziec szary i przecietny, ale jednak bialy i zwracajacy uwage wszystkich innych uzytkownikow drogi...
Indonezyjczycy sa ponadto niesamowicie sympatyczni i zawsze usmiechnieci. owszem, naciagaja i staraja sie zdzierac z turystow, ale robia to w bardzo mily i sympatyczny sposob. bardzo chetnie pozuja do zdjec, bardzo chetnie zaczepiaja i rozmawiaja z turystami. a rozmowy prowadzic tu jest bardzo latwo, bo praktycznie kazdy mowi po angielsku. troche mnie to zdziwilo, bo w Chinach 4 lata temu praktycznie nikt nie mowil w tym jezyku. albo to swiat poszedl naprzod, albo Chinczycy dumnie wymagaja od turystow i biznesmenow nauki chinskiego.
krotko mowiac polecam wam wszystkim goraco wizyte w Indonezji. niesamowicie mili ludzie, ciekawe zabytki, kolorowe swieta, goraco i poprostu wspaniale!
0 komentarze:
Prześlij komentarz