czwartek, 15 kwietnia 2010

gorace pozdrowienia od wujka Ho!



stolica Wietnamu, zupelnie nie wyglada jak stolica 85-milionowego panstwa. oczywiscie glosna, pelna skuterow i samochodow trabiacych na kazdym skrzyzowaniu - poniewaz nie ma swiatel, tak sie okresla pierwszenstwo przejazdu. krotki spacer glownymi ulicami konczy sie bolem glowy lub conajmniej dzwieczeniem w uszach...
ale z drugiej strony, to wszystko dzieje sie na ulicach, a raczej waskich alejach, gesto zarosnietych drzewami, zaslaniajacymi niebo i stare, troche zaniedbane budynki. mogloby sie wydawac, ze bedzie cicho i spokojnie...
ulice zdaja sie byc ciagle w trakcie budowy i po nieustajacej mzawce (ze zmienna intensywnoscia jedynie) jezdnie sa pokryte warstwa blota, ktore szybko przenosi sie na blyszczace mokasyny Wietnamczykow, skutery Vespa z siedzeniami a'la Louis Vuitton, czy ledwo dyszace ciezarowki IFA.
nie wiem tylko jakim cudem to bloto nie przenosi sie do "restauracji" otwierajacych sie popoludniami na chodnikach miasta.
nie ma tu co szukac restauracji w budynkach, wszystko odbywa sie na chodniku, po uprzednim uprzatnieciu zaparkowanych tam skuterow (bo tylko takie dwie funkcje pelnia chodniki w tym kraju).
na plastikowych taboretach, idealnych do wzrostu dzieci z Zachodu, albo doroslych z Azji, zasiadam do pho - czyli zupy z makaronem, liscmi miety, jakims miesem i co tam jeszcze kucharz uwaza za stosowne. najczestszymi dodatkami sa mielone orzechy albo prazona cebulka, ale czasem skladniki to tylko makaron, mieso i jakas szpinakowo-kapustowa zielenina. nie majac wyboru zjadam to ze smakiem przy okazji obijajac kolana broda.
place czasem kucharzowi, ktory ta sama reka przyjmuje pieniadze i wrzuca makaron do zupy, czasem osobie, ktora po mnie sprzata pluczac paleczki i miske w trzech naczyniach po kolei.
w Wietnamie, niegdys czesci francuskich Indochin, widac wyraznie wplywy europejskiego kolonizatora. dzien zaczynam od cieplej bagietki z fromage, smietankowym serem topionym. popijam supermocna kawa, ktora w Wietnamie zaczeto uprawiac wlasnie pod rzadami Francuzow.
dalsze wplywy widac w budynkach, ktore ostaly sie zarowno wojnie amerykanskiej, jak i rozkwitowi sztuki socjalizmu. najpiekniejszym przykladem jaki udalo mi sie znalezc w szarym i deszczowym miescie jest dawny palac gubernatora Indochin, w ktorym pozniej urzedowal Ho Chi Minh.
wujek Ho, ktorego biografia jest niesamowicie barwna i godna polecenia (chociazby krotki art. na polskiej wikipedii), jak wielu przywodcow jego pokroju, byl przez wielu uwielbiany, a wielu bylo zmuszonych do jego uwielbienia.
narod wietnamski ponad podzialami zdecydowal, ze jedynym slusznym miejscem spoczynku dla wcale nie tragicznie zmarlego wujka Ho, bedzie oddzielne mauzoleum, z dala od poprzednich wladcow. dzis to miejsce jest jednym z najchetniej odwiedzanych przez turystow.
kolejki, wcale nie tak dlugie, ustawiaja sie rano zeby przed 11 zdazyc oddac hold przywodcy. tradycyjnie, tak samo jak u Mao Zedonga i Kim Ir Sena, wchodze do wielkiej i ciemnej komnaty, w ktorej tylko trzy male punktowe lampki swieca na twarz i dlonie zabalsamowanych zwlok. nie mogac sie zatrzymywac obchodze w powadze i skupieniu cialo znajdujace sie w szklanej gablocie - zaczynam od lewej strony, przechodze ponizej stop i kieruje sie do wyjscia po prawej stronie. w przeciwienstwie do mauzoleum na placu Tiananmen, nie dostalem kwiatow, ktore mialbym polozyc przed popiersiem, w przeciwienstwie do mauzoleum w Phenianie, nie musialem klaniac sie z kazdej strony, krawat tez nie byl wymagany podczas wizyty. jedynie zwracano mi uwage jesli chowalem reke do kieszeni...
tak wiec z kolekcji wiecznie zywych ojcow narodow socjalistycznych, zostal mi tylko Lenin do obejrzenia. chyba, ze jeszcze ktos przybedzie..?

0 komentarze:

Prześlij komentarz