w Hanoi w ambasadzie indyjskiej zostawilem paszport, w ktory w ciagu tygodnia mieli wkleic mi wize. moglem siedziec tydzien w miescie, albo pojechac gdzies i wrocic. wybralem ta druga opcje, ktora znowu dawala mi dwa wybory: albo Zatoka Halong, albo gorskie miasteczko Sapa.
w Hanoi bylo mglisto i deszczowo, w Halong podobno tak samo. juz to przerabialem w NZ: ogladanie widokow, kiedy widocznosc nie przekracza 100m, nie ma zbyt wielkiego sensu. wybralem wiec Sapa...
w miasteczku i okolicach mozna chodzic po gorach i odwiedzac wioski, w ktorych zyja gorskie plemiona. roznia sie od Wietnamczykow z Hanoi, zwyczajami, kultura i, co najbardziej widoczne i najbardziej przyciaga turystow - kolorowym tradycyjnym ubiorem.
jak moglem sie spodziewac po rozreklamowaniu tego regionu w kazdym przewodniku i kazdej agencji turystycznej w Hanoi, na miejsce jechal pociag pelen turystow. przez 10 godzin, cala noc, pokonalem dystans... 300km. wynik nawet lepszy niz w PKP!
na miejscu zobaczylem mgle. i przez pierwsze pare godzin nic wiecej.
potem mgla sie podniosla i moim oczom ukazaly sie tlumy turystow atakowane i okrazane przez zwarte szeregi Wietnamczykow, tych kolorowych plemion wlasnie.
wykorzystujac ataki przypuszczane na wieksze grupy turystow, przemykalem po cichu przez miasto i wydostalem na otwarta przestrzen, wolna od wojowniczych plemion, ale za to pelna rownie wojowniczych jezdzcow skuterow. "motobike, motobike? my friend, good price for you!"
z deszczu pod rynne, ale i tak udalo mi sie dojsc do pobliskiej wioski. dzieci, zamiast chodzic do szkoly, sprzedawaly roznego rodzaju pamiatki. wiele osob po drodze, juz w Ameryce Pd, mowilo o tym, ze od dzieci nie wolno nic kupowac. to jakis nowy trend w swiadomym i rozsadnym podrozowaniu: jesli kupuje sie cos od dzieci, a nie od doroslych, to rodzice zamiast wysylac swoje dzieci do szkol, beda wysylac je na ulice zeby handlowaly.
druga sprawa, to za pozowanie do zdjec, nie wolno dawac dzieciom ani pieniedzy ani tym bardziej cukierkow - bo od cukierkow zeby sie psuja, a w takich krajach i tak raczej dzieci zebow nie myja. moga dostawac na przyklad jakies male zabawki, breloczki itp. tylko nie zapalniczki!
najlepszym wyjsciem bylo przejsc sie przez pola, z daleka od naciagaczy. i dzieci, z ktorymi do konca nie wiadomo jak postepowac. jednak wsrod pol tez sie dzieci czasem trafialy! prowadzily bydlo spowrotem do zagrod, najczesciej jezdzac na ich grzbietach.
przez caly dzien mgla unosila sie i opadala...
wieczorem slonce przebilo sie w koncu na chwile i oswietlilo doliny delikatnym rozowym swiatlem.
przez "zaminowany" most wrocilem do hostelu i nastepnego dnia wynajalem skuter z kierowca, zeby zwiedzic dalsze wioski.
skuter jak juz wam wczesniej pisalem, jest najpopularniejsza forma transportu w Azji. skutery mozna wynajmowac same, albo z kierowcami. w wiekszosci przypadkow skuter z kierowca jest o polowe tanszy od samego skutera, do ktorego i tak trzeba doliczyc benzyne w cenie ok dolara za litr.
teraz za trzy dolary jezdzilem pol dnia po okolicy i zawsze, gdy widzialem cos godnego dokladniejszego spojrzenia, albo zrobienia zdjecia, prosilem o "photo-stop".
najlatwiej jednak bylo ogladac parade kolorowych strojow na bazarze w Sapa. zjezdzali tam mieszkancy calej prowincji z produktami swoich pol, albo tym, co wyhaftowali wieczorem.
najwiecej bylo osob z plemienia Czarnych Hmongow (to kolorowe czy czarne plemie?!)
i troche tez z plemienia Czerwonych Reza.
ale byli tez zupelnie normalnie ubrani ludzie, jak na przyklad ten obwozny sprzedawca wieszakow na ubrania...
0 komentarze:
Prześlij komentarz