czwartek, 27 maja 2010

dwie strony medalu

na pelen obraz Kambodzy skladaja sie dwa przeciwne okresy w jej histori:
rzady Khmerow
i
rzady Czerwonych Khmerow.

zaczynajac zwiedzanie kraju od wschodu, sila rzeczy zaczalem od tej ciemniejszej strony historii, od kart, na ktorych zapisali sie Czerwoni Khmerzy.
szalony pomysl Pol Pota aby stworzyc panstwo bedace w zasadzie jednym wielkim kolchozem, kosztowal zycie okolo dwoch milionow ludzi. wiekszosc zginela podczas masowych przesiedlen, kiedy Phnom Penh w ciagu zaledwie kilku dni pozostalo zupelnie puste oraz ze wzgledu na niewydolnosc rolnictwa po wprowadzeniu "cudownych" reform. rownoczesnie ogromna ilosc osob zostala uwieziona, torturowana i skazana na smierc, pod tak blahymi pretekstami jak znajomosc jezykow obcych, czy noszenie okularow.

historie tych tragicznych lat przesledzilem w muzeum Tuol Sleng, urzadzonym w owczesnym wiezieniu S-21, ktore z kolei znajdowalo sie w przeksztalconej specjalnie w tym celu szkoly. z sal poznikaly lawki i krzesla, wstawiono metalowe lozka, do ktorych przykuci "zdrajcy" zwijali sie z bolu, gdy przez lozko przechodzil prad z podlaczonego akumulatora...
ci, ktorym udalo sie przezyc te tortury, byli wywozeni pod miasto do Choeung Ek, gdzie motykami byli mordowani. dlaczego motykami? zeby zaoszczedzic cenne kule karabinowe. w latach 1980-tych, kiedy sytuacja polityczna w miare sie ustabilizowala, a Czerwoni Khmerzy zostali odsunieci od wladzy, w Choeung Ek odkryto masowe groby z cialami okolo 20 000 osob. do dzis nie udalo sie wszystkich zidentyfikowac, a po intensywnych deszczach, ziemia odslania kolejne fragmenty ludzkich kosci.
najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, ze Pol Pot zyl dlugo i szczesliwie w Tajlandii, a Czerwoni Khmerzy reprezentowali Kambodze na forum ONZ az do poczatku lat 1990-tych...

dla polepszenia nastroju mozna odwiedzic palac krolewski, w ktorym mieszka obecnie urzedujacy krol - dlatego wiele czesci ogromnego kompleksu jest zamknieta dla zwiedzajacych.
najladniejsze elementy palacu - zdobienia dachow, w typowym khmerskim stylu, mozna ogladac nawet bez wchodzenia na teren.
ale innych pieknych zdobien nie zobaczymy juz przez wysoki mur odgradzajacy wszystko od reszty miasta.
kontynuujac zwiedzanie zabytkow z okresu Khmerow, pojechalem do dawnej stolicy Kambodzy - Angkor.
Angkor jest duma narodu, to prawdziwy skarb, jeden z 7 cudow swiata i oczywiscie wpisany na liste UNESCO.
szczegoly przeczytacie sobie oczywiscie na wikipedii, czy innej encyklopedii, a ja pokaze wam glownie zdjecia,
w tym nowa-nowosc, czyli zdjecia panoramiczne, ktore zlepiam z kilku/ kilkunastu pojedynczych.
ok, nie moge sie powstrzymac, zeby nie napisac jednej rzeczy, ktora nie jest moim prywatnym odczuciem, tylko faktem encyklopedycznym: w czasach, kiedy Londyn (Ladek Zdroj) byl malym miastem z 50 000 mieszkancow, w Angkor mieszkalo juz okolo miliona! co pozostalo to stolicy imperium khmerow, to swiatynie rozrzucone na ogromnej powierzchni - Angkor Wat. wg owczesnych wierzen, tylko bogowie mogli "mieszkac" w kamiennych budowlach, dlatego drewniane domy ludzi nie przetrwaly kolejnych wiekow i dzungli pochlaniajacej systematycznie coraz wieksze obszary dawnej metropolii.
a moje odczucia prywatne? wow! wooow! jest naprawde pieknie. czasem, jak uda sie wstrzelic w odpowiednia pore, mozna zobaczyc jakies bardziej odlegle swiatynie zarosniete ogromnymi drzewami, skryte w gestwinie zieleni, bardzo tajemnicze...
jak mozecie sie spodziewac, turystow sa tu nawet nie miliony, a miliardy chyba. zwlaszcza w miejscach, ktore sa bardziej "slawne" od innych - np miejsc, ktore pojawialy sie w National Geographic albo innych kolorowych pismach/ programach. bywaja momenty, ze trafi sie seria wycieczek chinskich i wtedy kazdy po kolei, a potem razem musi miec zdjecie w tym samym miejscu. jak wiadomo Chiny to (chyba ciagle) najliczniejszy narod swiata, wiec mozecie sobie wyobrazic, ze zanim jedna wycieczka skonczy sesje, to w kolejce ustawia sie juz druga i trzecia...
w hotelu poznalem Erdinca, z ktorym razem pilismy piwo Angkor i zwiedzalismy ruiny przez trzy dni.
przez te wszystkie dni mielismy wspanialego kierowce naszego tuk-tuka, pana Yes-No (zwroccie uwage na klasyczny azjatycki meski manicure - zwlaszcza na najmniejszym palcu).
tak ochrzcili go jego koledzy z recepcji hotelowej, bo Mr Yes-No wlasnie tylko te dwa slowa umial powiedziec po angielsku. ale mial jeszcze fantastyczna formulke wyuczona i za kazdym razem jak dojezdzalismy do swiatyni, powtarzal nam: "ok, here [nazwa swiatyni]. you, you go around and see and come back and I wait here. yes. ok?"...
najpiekniej caly kompleks Angkor Wat wyglada zaraz po wschodzie slonca - kolo godziny 6. oczywiscie wtedy tez jest najwiecej turystow, bo wielu zaczyna od ogladania wschodu. ale o 7 ida na sniadanie i swiatynie pustoszeja. poranne mgly sie podnosza i jest przepieknie...


po Angkor Wat pojechalem uczyc sie jak gotowac to pyszne "lok-lak", ktore czesto jadlem w ciagu ostatnich dni.
jest to narodowa potrawa w Kambodzy - wolowina w slodkim sosie z cebula i pdoawana z ryzem.
nauczylem sie tez przygotowywac rybe w sosie "amnok", ktora jest troche bardziej tajska niz kambodzanska, ale poniewaz oba kraje przez wiele lat byly jednym imperium khmerskim, to wiele elementow ich kultury sie pokrywa.
nauki pobieralem w Battambang. jest to male miasto na poludnie od Angkor. mozna poplynac tam lodka, pojechac autobusem, albo kolejka... bambusowa. tak wlasnie. z infrastruktury kolejowej zbudowanej przez Francuzow pozostaly juz tylko tory krzywe jak nogi przedstawicielek jednego z azjatyckich narodow. nie ma lokomotyw ani wagonow, ktore moglyby sie na tym rozpedzic i pomyslowi ludzie zbudowali sobie bambusowe kolejki. taka kolejka sklada sie z dwoch osi, na ktorych kladzie sie bambusowa platforme, a na niej silnik spalinowy polaczony z osia paskiem klinowym. w ten sposob mieszkancy mniejszych wiosek dojezdzaja do pracy majac po drodze przezycie niczym z rollercoastera. wszedzie tory sa pojedyncze, a kolejki kraza w kazdym kierunku, co wiec jesli sie spotkaja? na szybko szacowana jest waga obu i ta, ktora jest lzejsza/ miejsza jest demontowana i przenoszona na druga strone tej wiekszej...


ale to jeszcze nie koniec Kambodzy. z Battambang pojechalem na polnoc, wzdluz Mekongu az do Laosu. jeszcze zanim przekroczylem granice, zatrzymalem sie w miejscowosci Kratie. tam na wieczornym rejsie po rzece ogladalem, zyjace jedynie tu, delfiny slodkowodne. bylo ich bardzo duzo, niestety przeladowane lodki z turystami i warczacymi silnikami, straszyly je.
ale dalem mojemu kapitanowi dolara napiwku i zostal chwile dluzej, az inne lodki odplynely, a delfiny wrocily blisko nas...
a wy jak uwazacie - sa piekne, czy raczej nie bardzo?

2 komentarze:

  1. Tego Angkoru to Ci nie daruje;)
    Mam nadzieje, ze i ja kiedys to wszystko zobacze. Zazdraszczam jak jasna cholera.
    Kiedy wracasz?

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Olga, zycze ci podrozy moimi sladami. albo jakiejs jeszcze lepszej!
    do powrotu coraz blizej. dam wam jeszcze dokladie znac, kiedy pojawie sie na wileniaku zebyscie chlodzili szampana. moze byc MC!

    OdpowiedzUsuń na zawsze