dawno, dawno temu (bo teraz juz tak powinienem napisac) wyjechalem z Saigonu nad Mekong. mialem ogladac plywajace targi, wioski, na lodce przekroczyc granice z Kambodza.
zaczalem bladym switem (chociaz na zdjeciu jest troche zarozowiony)
od miejscowosci Can Tho. tam wsiadlem na lodke i przez pol dnia plywalem obserwujac zycie na tej ogromnej rzece, bedacej zarowno blogoslawienstwem jak i przeklenstwem dla ludzi mieszkajacych w poblizu jej koryta.
pierwszym przystankiem byl najwiekszy w okolicy plywajacy targ. duze lodki (hurtownicy) i male lodki (detalisci) klebia sie miedzy 5 i 7 rano w zakolu rzeki.
jest tloczno, gwarno, na pierwszy rzut oka ciezko sie odnalezc w tym wszystkim. ale wcale nie jest tak zle - hurtownicy maja na dlugich bambusowych kijach zawieszony katalog swoich produktow i patrzac w niebo latwo znalezc to, czego potrzebujemy.
ogladalem tez fabryke makaronu ryzowego. tu najbardziej zachwycajace jest to, jak wykorzystuja zarowno surowce, jak i odpady. nasiona ryzu wyluskuje sie z lupinek i gotuje aby otrzymac mase wylewana pozniej na gorace patelnie. patelnie robia sie gorace, gdy plonie pod nimi ogien rozpalony na lupinach ziaren ryzu. a najlepiej to wszystko wyglada wczesnym rankiem, kiedy slonce wpada do "hali produkcyjnej" i oswietla unoszaca sie wszedzie pare.

Mekong to nie tylko jedna szeroka rzeka. odchodza od niej i biegna rownolegle niezliczone kanaly.
po wszystkich plywaja male i troche wieksze lodki, z towarami, ludzmi, albo jednym i drugim.
sa tez i mniejsze bazary, glownie z owocami, choc i mieso tez sie zdarza - jednak w trosce o wasze zdrowie, zdjec nie bede umieszczal.
a w przypadku, gdy skonczy sie benzyna, bez wiekszego problemu mozna znalezc "stacje benzynowa", gdzie w butelce po wodzie mineralnej kupimy litr albo dwa cieczy, ktorej napewno daleko do V-Power, ale przynajmniej uda sie wrocic na brzeg.
tak jak planowalem, lodka dostalem sie tez z miasteczka Chau Doc w Wietnamie, do Phnom Penh w Kambodzy. kiedy kupujac bilet pytalem, ile czasu zajmie doplyniecie do stolicy Kambodzy, w odpowiedzi slyszalem: 6 godzin - od 7 do 18...


tansza i podobno bardziej bezpieczna lodka plynie wolniej. ja wlasnie na takiej bylem. kadlub szerokosci 1m i dlugosci 10m miesci dowolna ilosc podrozujacych i ich bagazy. model, ktorym ja plynalem, mial w miare stala liczbe miejsc siedzacych na krzeslach wyniesionych z jakiejs swietlicy w jednej z pobliskich wiosek. po trzech godzinach spedzonych na wodzie, spedzilem kolejne trzy na wietnamskiej odprawie paszportowej. nie, nie - nie wypytywali mnie tak szczegolowo jak... juz prawie rok temu w Nowym Jorku. chcieli chyba jeszcze zedrzec ze mnie troche dongow (waluta wietnamska), bo czekalem w restauracji z cenami 3-krotnie wyzszymi niz w miescie, z ktorego rano wyplywalem. w koncu dalem za wygrana i za cwierc dolara kupilem pare bananow. chyba o to chodzilo, bo za chwile odplynelismy...
obudzilismy jeszcze kimajacych celnikow po kambodzanskiej stronie granicy i spedzilismy kolejne trzy godziny na wodzie. to juz razem szesc. i rzeczywiscie, pani w kasie biletowej miala racje - jak odliczy sie 3 godziny spedzone na kontroli paszportowej i jeszcze ponad dwie w minibusie jadacym z przystani do Phnom Penh, to wychodzi razem 6 godzin rejsu netto.
na niewielkiej lodce plynelo ze mna jeszcze 7 osob. warunki nie byly zle, owszem bylo goraco, ale nie bylismy jakos szczegolnie stloczeni, a zaslonki na burtach pozwalaly zatrzymac piekace slonce.
byc moze przez to, ze bylo nam tak "dobrze", przez cale 11 godzin spedzone razem, nikt sie do nikogo nie odezwal. dwie pary byly zajete soba, trzech kolegow kimalo przez wiekszosc czasu, ale o jakiejs integracji nie bylo mowy. jak wspominam wyjazd do Australii, czy Chin i Korei, to o znajomosci wsrod podroznikow bylo bez porownania latwiej. zwlaszcza dziwilo mnie, ze Amerykanie, ktorzy zawsze jako pierwsi zaczynaja rozmowe i zagaduja do kazdego, teraz byli zupelnie nieobecni. ale moze poprostu mi sie wydawalo. moze to ten upal i dlugie godziny spedzone w podrozy? byc moze, chociaz ciagle szukam wytlumaczenia dla identycznego zachowania ludzi na kolejnej lodce, na ktorej spedzilem juz "tylko" 7 godzin. byc moze to bylo za krotko na nawiazanie znajomosci, zwlaszcza dla tego chlopaka, ktory przez caly rejs siedzial z zatyczkami w uszach...
to zeby zakonczyc pozytywnym akcentem, na koniec jeszcze amatorsko-niskobudzetowy film z Can Tho (z piekna muzyka niestety fatalnie zmiskowana).
dziekuje.
Świetnie! Więcej filmów Pepe. Pzdr sas
OdpowiedzUsuń na zawszepodoba sie? super, filmy beda, na koniec... bede mial chwile czasu w Warszawie przy szybkim komputerze i skleje cos jak nie na kazdy kraj, to przynajmniej na kazdy kontynent. postaram sie zrobic to w formacie mp4 zebyscie mogli sobie ogladac na ipodach w domu, pracy i w drodze z jednego do drugiego...
OdpowiedzUsuń na zawsze