niedziela, 30 maja 2010

tam, gdzie czas... sie nie liczy


Laos

po glosnym i chaotycznym Wietnamie, po Kambodzy szalejacych kierowcow autobusow, przyszedl czas na zupelnie spokojny Laos. tu nikomu sie nie spieszy. tu kazdy czeka i tu wszystko ciagnie sie niemal w nieskonczonosc.
zaczelo sie juz w Kambodzy, w dniu, kiedy z Kratie mialem przejechac ostatnia prosta do granicy i przenocowac zaraz za granica na 4000 wysp na Mekongu.
minibus przyjechal po mnie co prawda punktualnie, ale potem mielismy dluugi postoj na kolejnym przystanku. w samochodzie z 9 siedzeniami (3rzedy x 3siedzenia) Kambodzanczycy usilowali posadzic 12 osob (3rzedy x 4osoby), nasze bagaze, worki z ryzem i inne tego typu rzeczy. ja sie spokojnie moglem zmiescic z trzema Kambodzanczykami majac pod nogami jeszcze moj wielki plecak, ale juz 2-metrowi Hiszpanie nie mogli i przez godzine klocili sie o godne warunki podrozy. w koncu zostali na przystanku...
poniewaz zwolnilo sie 5 z 9 (12) miejsc, trzeba bylo znalezc dodatkowe wypelnienie, ktore ekonomicznie uzasadniloby podroz. kierowca wykonal pare telefonow i pojechalismy w srodek lasu, zapakowalismy pol wioski (kilka osob + worki ryzu, posciel, motyki, mloty i metalowe prety) i zawiezlismy ja w srodek innego lasu 100km dalej.
minibus zawiozl nas do malego miasteczka jeszcze ok 50km od granicy. tam dowiedzielismy sie, ze mamy czekac na nastepny. kiedy przyjedzie? za godzine... albo za trzy. no tak, w zasadzie co za roznica? zdazylem zjesc obiad i minibus podjechal, odwiozl nas do granicy i zostawil po stronie kambodzanskiej. przeszlismy na piechote przez granice placac po $1 za stemple zarowno w Kambodzy jak i w Laosie i... mielismy czekac na kolejnego minibusa! w szostke z para z Irlandii, Niemcem i dwiema Hiszpankami czekalismy grzecznie umilajac sobie czas rozmowa. dzieki temu poltorej godziny minelo szybko i zjawil sie nasz transport.
same wyspy byly bardzo ladne. najladniejsza byla burza pierwszego wieczoru

i dlugie cieple popoludnie nastepnego dnia, kiedy zwiedzalem okolice jezdzac na rowerze. moze nie bylo tam super zabytkow, czy pieknego parku narodowego, ale bylo cicho, spokojnie, sielsko i...
zupelnie inaczej niz we wszystkich poprzednich miejscach, ktore odwiedzilem w ciagu ostatnich dni.

natomiast, kiedy wyjezdzalem dalej z 4000 wysp, bylem swiadkiem najwiekszego chaosu logistyczno-organizacyjnego jaki moglem sobie wyobrazic. kupilem bilet na autobus do Savannakhet w jednej z wielu agencji na glownej ulicy wyspy Don Det. zgodnie z poleceniem przyszedlem o 11:00 do tej agencji zeby ktos odprowadzil mnie na lodke. po 20min zjawil sie moj przewodnik i odprowadzil mnie... 50m do przystani. tam czekalem dalsze pol godziny az zebrali sie inni ludzie wyjezdzajacy z wyspy tego samego dnia. czesc z nich kupilo bilet tam, gdzie ja, czesc gdzie indziej. czesc jechalo tam, dokad ja, czesc w inne miejsca. przy przystani stalo kilka lodek i laotanczycy zaczeli glosno myslec jak nas wszystkich w nie upchac. prowadzili ludzi raz do jednej, raz do drugiej, pary i grupy znajomych rozdzielali, mnie nigdzie nie chcieli wpuscic, nie zwracali uwagi na to kto, gdzie kupil bilet, ani kto, dokad jedzie. wskoczylem w koncu do jednej lodki i na szczescie mnie nie wyciagneli z niej.
na drugim brzegu, gdy pakowali nas do autobusow, wszystko wygladalo dokladnie identycznie.
wyrzucili mnie na dworcu w polowie drogi i tam mialem przesiasc sie w inny autobus - niebylejaki bo klasy VIP! tak, Azjaci uwielbiaja to, wszystko dla nich musi miec tez klase VIP. w Malezji maja nawet klub VIPow w McDrive... a w moim autobusie klasy VIP siedzenia byly skorzane, klimatyzacja dzialala wydajnie, a na korytarzu... lezaly worki cukru! na kolejnych przystankach po drodze zaladowalismy do luku bagazowego jeszcze pol ciezarowki jakis kanistrow i piec skuterow na dach.
podroz - przejechanie ok 200km, skonczyla sie po 10 godzinach, 30km od celu, bo kierowcy nie chcialo sie dojezdzac tam, dokad ja i Max z Korei mielismy wykupione bilety. udalo nam sie jednak wymusic na nich zorganizowanie tuktuka na ich koszt. prawie 4 godziny opoznienia.
historia powtorzyla sie nastepnego dnia, kiedy jechalem do stolicy o mylnej nazwie Vientiane. teraz wzialem autobus dla laotanczykow - bez klimatyzacji i skorzanych siedzen ani naklejek VIP. nie bylo zle, miejsce przy otwartym oknie bylo chyba nawet lepsze niz pod lodowata klimatyzacja. oczywiscie znowu dojechalem z 3-godzinnym opoznieniem i na dworzec znajdujacy sie 7km od miasta. w takim miejscu, z ktorego zadne tuktuki ani inne taksowki nie jezdzily. wiec z plecakami szedlem te 7km az udalo mi sie cos zlapac tuz przed centrum.
w Vientiane tez byla piekna burza, ale niestety nie udalo mi sie zrobic zdjec. widzialem za to pare ladnych kolonialnych willi, dokladnie ich dachow, bo tylko to wystawalo ponad wysokie ploty.
a w jednej byla restauracja, wiec wszystko bylo odsloniete.
i tez bardzo ciekawe byly swiatynie z zakazem palenia. papierosow, nie kadzidel...
kolejnym opoznionym autobusem klasy VIP, tym razem bez workow, kanistrow i skuterow, ale za to z samymi turystami, dojechalem do najbardzizej turystycznej miejscowosci w Laosie - Vang Vieng. slynie z tubingu i marihuany, a najbardziej z polaczenia tego czyli upalonych Anglikow zjezdajacych w dol rzeki w detkach od traktorow.
byc moze dlatego, ze jestem POlakiem, ja spedzilem moj jeden dzien w Vang Vieng troche inaczej (nie, nie zmienilem marihuany na wodke). wypozyczylem rower i pojechalem ogladac druga rzecz, jaka przewodniki zachwalaja - popularny poludniowoazjatycki krajobraz wapiennych iglic. widzialem to juz trzeci raz i ciagle mysle, ze w pierwszym miejscu - okolicach Guilin w Chinach, bylo najpiekniej.
kolejnym VIPowskim autobusem bez skuterow, workow i kanistrow, ale za to z klimatyzacja i skorzana tapicerka i 50 innymi turystami (na kacu) pojechalem jeszcze dalej na polnoc, do Luang Prabang, ktore (wraz z koncowym odcinkiem podrozy) okazalo sie wisienka na laotanskim torcie.
tradycyjnie spozniony autobus wyrzucil mnie tradycyjnie kilka km od miasta na dworcu, gdzie na szczescie udalo mi sie wytargowac rozsadna cene w tuktuku za podwozke do centrum. zanim znalazlem pokoj w rozsadnej cenie, zrobilo sie pozne popoludnie i uliczki miasta zalalo cieple zachodzace slonce.
wygladalo to pieknie, zwlaszcza na ulicy biegnacej wzdluz Mekongu, gdzie wiekszosc francuskich kamienic zostala wyremontowana i przerobiona na eleganckie hotele. wszyscy turysci, ktorych miasto bez watpienia przyjmuje duzo, gdzies poznikali i delektowalem sie miastem w najlepszym wydaniu, na pustych ulicach, czystych idealnie oswietlonych do zdjec i poprostu urokliwych.
w Luang Prabang wiecej niz turystow jest mnichow.
bardzo popularne jest podgladanie jednych przez drugich (tzn mnichow przez turystow) codziennie rano, jak zbieraja datki od mieszkancow miasta. jest to na wszystkich pocztowkach z Luang Prabang i opisane chyba we wszystkich przewodnikach. jedynym problemem jest fakt, ze odbywa sie to wszystko pomiedzy 5-6 rano. nie wiedzialem jak sie do tego zabrac, bo wstawanie o tej porze byloby conajmniej brutalnym pomyslem. ale w moim pokoju za rozsadna cene, gdzie wiatrak pod sufitem wial mi bez przerwy na twarz, nie moglem spac i sam sie obudzilem o 5:20.
zaspany ledwo widzac na oczy chwycilem aparat i pobieglem na ulice. zanim poranna mgielka przeszla z oczu, mnisi tez znikneli i dlatego wiekszosc zdjec sie do niczego nie nadaje...
wrocilem spac dalej, a po poludniu juz na spokojnie zwiedzalem swiatynie.
bardzo mi sie podobaja te zlote smoki zdobiace kazdy budynek, straszace wystajacymi jezykami i wielkimi oczyma.

dalsza czescia wisienki na laotanskim torcie byla, jak do tej pory, najwspanialsza rzecza, jaka zrobilem w azji pd-wsch, a byc moze w ogole w calej azji. poplynalem lodka w gore Mekongu z Luang Prabang do granicy z Tajlandia. dwa dlugie dni, na calkiem sporych i wygodnych lodkach, juz nie w klubie anonimowych wodniakow.
2500km od delty, rzeka wyglada juz nieco inaczej. gdzieniegdzie pojawiaja sie skaly, plyniemy teraz przez teren gorzysty. ze wzgledu na koniec pory suchej, poziom wody jest niski i miejscami tworza sie nawet bystrza jak w gorskich strumykach.
kapitan ma ciezka prace, ale pomaga mu nawigator. o ile akurat nie spi...
przystankow nie ma tyle co w autobusie, ale opoznienia sa i tak. byc moze dlatego, ze plyniemy w gore rzeki, a prad jest naprawde silny. albo dlatego, ze znowu ladujemy rozne roznosci na poklad. przepakowujemy towary z innych lodek,
bierzemy trzode ze zwiazanymi nogami, zeby nie zanurkowala pod nieuwage wlasciciela.
tak mija pierwszy dlugi, dzien podrozy. z usmiechem na ustach wszyscy schodzimy na lad i nastepnego dnia po poteznej nocnej burzy, wsiadamy na kolejna lodke, ktora zawiezie nas juz do tajskiej granicy
pytamy przy okazji jak wyglada sytuacja w Tajlandii, czy zamieszki sie skonczyly, czy jest juz bezpiecznie. w malej miejscowosci Pak Beng niewiele osob mowi po angielsku. udajemy strzelanie z karabinow i mowimy "thailand, thailand, bangkok, chiang mai". ludzie z usmiechem kiwaja glowa na "tak". czyli nic nie wiemy.
tak to wlasnie w laosie jest - wszyscy usmiechnieci. bardzo mili ludzie, wedlug wielu osob najsympatyczniejszy narod na swiecie. ja mam swoich faworytow, ktorymi sa Indonezyjczycy, ale Laotanczycy razem z Brazylijczykami nie sa daleko w tyle.
teraz rzeka jest spokojniejsza, nie musimy manewrowac tak intensywnie jak wczoraj. krajobraz pozostaje taki sam, skaly i gorzysta okolica, chociaz jestesmy dopiero okolo w polowie drogi do zrodel. podobno dopiero w 2004 roku przeprowadzono pierwszy splyw od zrodel do delty Mekongu. swoja droga, to bardzo fajny sposob zwiedzania azji... Mekong mnie wciagnal, ze tak powiem.
dzisiaj przystankow bylo troche wiecej, na niektorych nawet mielismy mozliwosc odbudowania zapasow wypitych juz wczesniej napojow, czy zjedzonych bardzo popularnych i pysznych kanapek z tunczykiem w oleju.
niestety wszystko to oferowaly dzieci, ktore jak wam juz kiedys wczesniej pisalem, powinny byc w szkole, a nie na lodce z turystami. to byla akurat chyba niedziela, ale trudno - lekcje powinny robic.
jeszcze pod koniec rejsu przeplynelismy przez groznie wygladajaca ale nieiwielka burze. odstalismy chwile przy brzegu i pewnie dlatego spoznilismy sie o niecala godzine na granice i musielismy czekac do nastepnego dnia.
ale po deszczu zawsze wychodzi slonce, wiec nie ma co sie stresowac. te slowa kieruje zwlaszcza do mojej Malgosi. tak Kochanie?
Laos byl piekny. poniewaz zaminowany i pelen niewybuchow, w przewazajacej czesci dziki. ludzie uprzejmi, usmiechnieci i radosni. cierpliwie czekaja na wszystko co sie spoznia i przedluza i zarazaja turystow ta cierpliwoscia. nie ma internetu praktycznie nigdzie, a tam, gdzie jest, to czesto pradu nie ma. klimatyzacji tez nie ma, jest goraco. trudno. nawet nie trzeba zaciskac zebow, jest poprostu pieknie i brak tych malych wygod, do ktorych czlowiek zdazyl sie przyzwyczaic, wcale nie przeszkadza.

0 komentarze:

Prześlij komentarz