opisane w jednym poscie...
jak juz wiecie, zatoke Halong musialem sobie odpuscic ze wzgledu na pogode, ktora w zaden sposob nie wynagrodzilaby sil straconych na przedarcie sie przez zastepy naciagaczy, naganiaczy i innych krzykaczy.
pojechalem za to do...
Tam Coc
czyli parku narodowego, o ktorym mowi sie, ze jest Halong wsrod pol ryzowych. z Hanoi jechalem kilka godzin pociagiem, w wagonie pamietajacym jeszcze wujka Ho i z mocno kontrastujacymi ekranami LCD podwieszonymi pod sufitem (w ktorych przez cala droge mozna bylo ogladac wietnamskie Fasolki). na miejscu okazalo sie, ze podobienstwo do Halong polega rowniez na pogodzie. przeszedlem cale miasteczko Ninh Binh w poszukiwaniu taniego i dobrego noclegu. wrocilem w zasadzie do punktu wyjscia, czyli w okolice dworca, z nogami ubloconymi po kostki i wybralem najtanszy hotel z nieswieza posciela pachnaca/ smierdzaca typowa azjatycka wilgocia...
przeczekalem kolejny dzien i dwa dni pozniej wynajalem skuter zeby pojechac do oddalonego o kilkanascie km parku. czekanie oplacilo sie, bo zdazylem na krotki moment bez deszczu. to tez byla dobra aura na nauke jazdy na skuterze, bo robilem to po raz pierwszy w zyciu.
kraje azjatyckie wydaja mi sie paradoksalnie lepsze do zdobywania takich szlifow, niz Europa. tutaj ludzie jezdza duzo wolniej (w Wietnamie to juz skrajnie wolno) i ustepuja sobie bardziej niz my, zwlaszcza polscy zakapiorzy. pisze tego posta bedac juz 60 dni w Azji i jeszcze nie widzialem ZADNEGO wypadku.
dojechalem do parku, wytargowalem oplate parkingowa taka sama jak dla Wietnamczykow i wszedlem na lodke, za ktora oplaty byly niestety inne dla turystow i tego juz przeskoczyc nie moglem.
przeplynalem sie lodka przez dwie godziny, w ciagu ostatniej godziny pani kapitan usilowala mi sprzedac wszystko poczawszy od coca-coli, a na koronkowych obrusach skonczywszy i bardzo sie obrazila, ze nic nie kupilem.
bylem zajety podziwianiem widokow...
chcialem wrocic do Ninh Binh inna droga, przez dawna stolice Wietnamu - Hoa Lu. jechalem polnymi drogami z jedynie orientacyjna mapka, kiedy mzawka zaczynala sie coraz bardziej nasilac. tuz przy wejsciu do starych zabudowan w Hoa Lu (jak mi sie wydawalo) lalo juz porzadnie i musialem tam chwile przeczekac. czekalem godzine, dwie... w koncu kupilem plastikowy kubraczek, ktory zarzucilem na kurtke przeciwdeszczowa i wrocilem po skuter. tam jeszcze poczekalem pol godziny, ale poniewaz nie zanosilo sie na poprawe, zawiazalem dwie torebki foliowe na butach i odjechalem z tej swiatyni..
no wlasnie, bo byla to swiatynia, a nie Hoa Lu. do miasteczka musialem jeszcze jechac calkiem dlugo w rzesiscie padajacym deszczu. kiedy dojechalem na miejsce, wygladalem mniej wiecej tak:
dzieki temu, ze szczelnie zapakowalem sie w folie, mialem tylko troche mokre rekawy od kurtki.
Hue
oddalone o 300km i 12 godzin jazdy od Ninh Binh, to przede wszystkim ogromna forteca. przede wszystkim, bo oprocz tego jest jeszcze strefa zdemilitaryzowana pomiedzy dawnymi Wietnamami - polnocnym i poludniowym. nie robi takiego wrazenia, jak ta na Plw Koreanskim, pewnie dlatego, ze kraje juz dawno sie zjednoczyly. i to tak, jak by tego sobie zyczyl Kim Ir Sen w KRLD... w kazdym razie pojechalem to zobaczyc. poniewaz bylo calkiem daleko od miasta, zapisalem sie na wycieczke, ktora prawie cala przespalem po wczesniejszej nieprzespanej nocy w autokarze.
z ciekawszych rzeczy, ktorych nie przespalem byl system tuneli Vinh Moc, po ktorych chodzilismy przez pol godziny i wyszlismy spoceni i ledwo mogacy zlapac oddech.
ale wracajac do Hue.
naprawde ogromna cytadela, ktora byla niegdys siedziba rodu cesarskiego, przypomina bardzo Zakazane Miasto w Pekinie. wydaje mi sie jednak sporo wieksza.
dzis niestety jest w wiekszosci zarosnieta trawa i chwastami. chociaz widac troche prac restauracyjnych - podobno rozpoczely sie 12 lat temu, a do dzisiaj chyba tylko jeden budynek udalo im sie odnowic...
calosc jest ogromna, szybkie przejscie najciekawszych miejsc zajelo mi 4 godziny. podobalo mi sie. chyba jedno z ladniejszych miejsc w Wietnamie.
Hoi An
nazwa mylaco podobna do Hanoi, chociaz miasta maja niewiele wspolnego ze soba. Hoi An slynie glownie z tego, ze jest miastem krawcow. na kazdej ulicy jest przynajmniej jeden zaklad krawiecki, gdzie za 50 dolarow uszyja garnitur, czy piekna suknie wieczorowa na miare.
ja od wyjazdu schudlem 6kg, wiec, jesli bym cos sobie teraz uszyl, pewnie bym sie nie zmiescil w to po powrocie...
dlatego skupilem sie na starowce.
waskie uliczki i szerokie domy, ktore maja wejscia z dwoch rownoleglych ulic. tak wyglada najstarsza czesc Hoi An, polozona nad kanalem.
w nocy jest bardzo ladnie podswietlona, pelna turystow i jest tez jedna bardzo dobra cukiernia z pysznym tortem kremowym z owocami...
Nha Trang
bylo ostatnim "skarbem" na trasie. samo miasto moze niekoniecznie, o tym napisze w kolejnym poscie, ale okolice byly ciekawe. chociaz znowu pogoda pokrzyzowala plany. ale po kolei...
w Hoi An w galerii pieknych zdjec spotkalem Axela, stewarda Air France na rocznym urlopie, ogromnego pasjonata fotografii. wlasnie probowal ustalic z wlascicielem galerii wycieczke do wioski rybackiej poza miastem zeby zrobic podobne zdjecia. z Monika, ktora rowniez juz prawie rok podrozuje po swiecie i czesto spotykamy sie na trasie, postanowilismy sie podlaczyc i we trojke tam pojechac. ale pozniej okazalo sie, ze pogoda jest zla i rybacy sieci nie zarzucaja...
w Nha Trang, tez byla galeria, opisana nawet w przewodniku i pojechalismy tam szukac inspiracji. znalezlismy swietne czarno-biale zdjecia z "farm" soli, gdzie z wody morskiej pozyskuje sie sol. spisalismy nazwe miejscowosci, zalatwilismy skutery i nastepnego dnia o 7 rano juz wszyscy we trojke bylismy gotowi do drogi.
nie bylo latwo, bo najpierw jeden skuter sie popsul, a potem w drugim skonczyla sie benzyna zanim dojechalismy do stacji (Wietnamczycy zlewaja kazda nadwyzke benzyny jaka zostanie po klientach i kazdy zawsze na oparach musi w pierwszej kolejnosci dojechac do stacji). potem przez dlugi czas nie moglismy trafic tam, gdzie chcielismy, a jak trafilismy, to nie zastalismy nikogo pracujacego przy basenach pelnych wody...
w miedzyczasie dowiedzielismy sie, ze to wszystko przez pogode. dwa dni wczesniej padaly obfite deszcze i zalaly cala sol, ktora zostala po odparowanej wodzie morskiej. teraz trzeba bylo czekac kolejne dni az ta woda wyparuje...
wieczorem, wracajac do miasteczka, zanim kolejny raz zabraklo benzyny w skuterze - bo, jak sie okazalo, nie dzialal ani wskaznik poziomu benzyny, ani predkosciomierz, zatrzymalismy sie na uprawie lotosu.
tu akurat trwaly zbiory i zrobilismy troche zdjec, a takze dostalismy do sprobowania owoce tych swietych kwiatow. sa bardzo dobre, smakuja jak swieze orzechy laskowe.
potem, kiedy benzyna nam sie skonczyla, zostalismy odholowani (a raczej popchnieci) przez Wietnamczyka do stacji i wrocilismy do Nha Trang na zimne piwo Saigon Export.
no wlasnie, bo dalej to juz byl tylko Saigon...
0 komentarze:
Prześlij komentarz