czwartek, 29 lipca 2010

bylem, widzialem...

niestety tylko tyle moge powiedziec o indiach...
poczatkowo (czytaj 1-1,5 roku temu) plan byl inny i w indiach mialem spedzic okolo miesiaca. miesiac na taki kraj to nic, bo ciezko byloby w tym czasie wszystko zwiedzic. ale tez nie planowalem zobaczenia "wszystkiego". myslalem, ze z tybetu dostane sie do nepalu i stamtad gdzies do pn-wsch indii i spokojnie powoli przejade do delhi.
jak wiecie plany sie zmienialy, zwlaszcza najbardziej w azji. z tybetu i nepalu nic nie wyszlo, byla za to indonezja i laos wczesniej nie planowane, a takze sporo wiecej widzialem w tajlandii. w efekcie na indie zostaly mi juz tylko... niecale 3 dni!
pamietam jak wszyscy mnie ostrzegali przed indiami. ze tam jest brudno, ze KAZDY tam choruje od jedzenia, ze jest pieknie, ale naprawde ciezko przezyc.
pamietam pobyt w najlepszym hostelu w nowej zelandii - lantana lodge w auckland. hostel prowadzil bardzo sympatyczny hindus, ktoremu powiedzialem, ze (wowczas) za pol roku wybieram sie do indii. bardzo sie ucieszyl, ale tez troche przerazil, jak ja sobie tam poradze. jego zona, gdy sie o moich planach dowiedziala, pobladla i ze szczerego serca odradzala ze wzgledu na "szkok kulturowy". jesli hindusi tak mowili, to spodziewalem sie naprawde najgorszego. oprocz tego w ostatnich dniach w tajlandii spotkalem pare osob, ktore dopiero co przylecialy z indii i straszyly mnie upalami rzedu 50 stopni.
kiedy przylecialem o 21 do delhi i jechalem do centrum hostelowa taksowka, bylo ciagle 41 stopni. jednak powietrze bylo suche, suche jak pieprz i upal nie doskwieral tak jak w wilgotniejszych klimatach.
tani hostel niedaleko glownej stacji kolejowej byl schowany w waskim przesmyku miedzy budynkami. samochod zatrzymal sie na ulicy, gdzie powoli zwijaly sie wieczorne stragany, swiete krowy krecily sie i wyjadaly resztki ze straganow, a bezdomni wystawiali "lozka" zeby sie przespac. rzeczywiscie, nie bylo to najczystsze miasto, jakie widzialem...
na lotnisku poznalem sebastiena, francuza, ktory zabral sie ze mna do hostelu. zostawilismy rzeczy i mielismy isc na kolacje. poznalismy jeszcze skrajnie wyczerpana po zatruciu pascaline, ktora resztkami sil doprowadzila nas do pobliskiej restauracji.
przegladajac menu bylem zaskoczony, ze wszystkie dania byly drozsze niz w tajlandii. podobno indie mialy byc skrajnie tanie, a tu taka niespodzianka. tuz przed zlozeniem zamowienia powiedzialem towarzyszom, ze powinnismy zmienic lokal na jakis tanszy. obok znalezlismy to, czego szukalismy i placac niecale 3zl dostalismy wielkie porcje wegetarianskiej papki z jogurtem i ryzem.
zjadlem, ale... nie wszystko i nie ze smakiem. to w indiach jest chyba najwiekszy problem - jedzenie. dla takiego miesozercy jak ja, przymusowy wegetarianizm jest ciezki do przyjecia. mieso bardzo ciezko dostac, a jesli juz gdzies jest, to jest koszmarnie drogie. podobno to jedzenie ma niewiele wartosci odzywczych, jakich potrzebuja nasze zachodnie organizmy. do tego do picia glownie coca-cola, ktora jeszcze wyplukuje resztki witamin i mineralow. tego najbardziej bym sie bal, gdybym przyjechal tu na dluzszy czas.
mialem tylko dwa cale dni na "zwiedzanie". dzieki temu, ze zarezerwowalem 3 noclegi z gory, przyslugiwala mi darmowa wycieczka po starym i nowym delhi, oczywiscie z obowiazkowymi przerwami w sklepach z pamiatkami. i z przerwami na pchanie samochodu marki tata, ktory co chwila gasl na srodku ulicy...
 jednym z punkow wycieczki byla tez wizyta w "informacji turystycznej" czyli u zaprzyjaznionego biura naciagania turystow. dalem sie namowic na wyjazd do taj mahal. oczywiscie nie z nimi, bo to co mi proponowali kosztowalo chyba tyle co tygodniowa wycieczka objazdowa po norweskich fjordach. chcialem kupic sobie bilet na pociag, rano pojechac i wieczorem wrocic. dali mi telefon zebym zadzwonil do rezerwacji i okazalo sie, ze wszystkie bilety na powrot wieczorny sa wyprzedane juz. nie zorientowalem sie i nie przypomnialem sobie opowiesci spotkanych wczesniej podroznikow, o tym jakimi mistrzami naciagania i klamania sa hindusi z branzy turystycznej. jestem pewien na 95%, ze telefon odebral znajomy siedzacy w pokoju obok i to on mi powiedzial, ze biletow nie ma. tym samym po dluuugim targowaniu wzialem najtansza wycieczke w tym biurze. w cenie byl w zasadzie tylko przejazd z delhi to agry i powrot. plusem bylo to, ze mieli mnie odebrac z hostelu i odstawic do hostelu.
dzien, w ktorym mialem jechac ok 300km do taj mahal i wracac, okazal sie najdluzszym dniem z calego mojego wyjazdu. przyjehchali po mnie o 6 rano i na skutrze zawiezli do autobusu zaparkowanego na pobliskiej, szerszej ulicy. autobus byl na poziomie mniej wiecej naszych autosanow z pierwszych lat produkcji (i bynajmniej nie tych pieknie odrestaurowanych), ale mial klimatyzacje, co w jakis sposob pomagalo w dlugiej podrozy. po drodze dwukrotnie zlapalismy gume i na miejsce, do pierwszego przystanku przy czerwonym forcie w agrze dojechalismy dopiero po 14.
potem byl juz gwozd programu, czyli niesamowita swiatynia taj mahal. pora na zwiedzanie byla idealna. dochodzila godzina 17, slonce bylo juz nisko i pieknie oswietlalo ogromny kompleks.
ludzi oczywiscie byly tlumy, ale jakos wcale nie przeszkadzali, mozna bylo zrobic bez wiekszego problemu (i bez dlugiego czekania) zdjecie bez nich.
piekna swiatynia. pieknie zachowana. marzylem zeby tu przyjechac chyba odkad tylko po raz pierwszy ja zobaczylem w telewizji albo albumie. i oto jestem. szczesliwy robie sobie zdjecie z nia w tle...
niestety - jak zawsze na zorganizowanych wycieczkach, mialem scisle limitowany czas na zwiedzanie. ale na szczescie hindusi podchodza raczej luznie do scislych limitow i spozniony pol godziny nie bylem ostatnim i nie bylo afery.
droga powrotna do delhi byla o tyle spokojniejsza, ze nie zlapalismy juz gumy ani razu. ale na wyjezdzie z agry, stalismy w korku, w ktorym przez 2 godziny przesunelismy sie o okolo 10-20 metrow. dzieki temu udalo mi sie wyskoczyc z autobusu do sklepu i kupic cos do zjedzenia, bo od sniadania jeszcze nic nie jadlem. troche ciasteczek, rozpuszczajace sie w goracu czekoladowe batoniki i butelka coli oszukaly glod. dopiero po 1 w nocy zatrzymalismy sie w jakiejs restauracji, gdzie zjadlem strasznie drogiego ale prawie rownie dobrego kurczaka z curry i ryzem.
w zakurzonym i cieplym (bo juz nie tak goracym) delhi bylem dopiero o... 4 rano. po 22 godzinach od wyjazdu. a o 10 musialem byc juz na lotnisku...
caly ten dlugi dzien znioslem bardzo dobrze, bez marudzenia, nerwow i nawet bez wiekszego zmeczenia. to byly w miare prawdziwe indie - brudne, gorace, przeciagajace sie w nieskonczonosc. takie wlasnie, o jakich slyszalem. ale baaardzo mi sie podobaly. mysle, ze dlatego, ze spedzilem juz prawie pol roku w azji i przyzwyczailem sie do takiego sposobu podrozowania. juz nigdzie mi sie nie spieszylo, juz upal i wiecznie zalewajacy mnie pot mi nie przeszkadzaly, juz bylem przyzwyczajony do jedzenia wtedy, kiedy jedzenie jest dostepne, a nie kiedy jestem glodny. pewnie gdybym przyjechal tu prosto z polski, byloby zupelnie inaczej i cierpialbym nieporownywanie bardziej. jedyne czego sie obawiam w indiach, to jedzenie - o nie jest naprawde ciezko. a wszystko inne jest piekne i w 100% akceptowalne!

"incredible india!"

0 komentarze:

Prześlij komentarz