po krotkim odpoczynku w tajsko-chinskim (bo zalozonym przez Chinczykow uciekajacych przed Mao Zedongiem) Mae Salong postanowilem spowrotem brac sie do roboty - zwiedzania.
poplynalem lodka do Chiang Rai, mijajac po drodze wielkiego slonia
i malego motyla.
w Chiang Rai przesiadlem sie do autobusu i pojechalem do Chiang Mai - miasta, z ktorego wymaszerowaly "czerwone koszule" aby zdobyc Bangkok. stolicy nie udalo im sie zdobyc, w ich rekach znalazla sie tylko jedna galeria handlowa i swiatynia. zanim zjechalem z gor, "czerwone koszule" zostaly juz spacyfikowane, godzina policyjna byla coraz krotsza, a turystow tez wywialo.
w Chiang Mai wiekszosc osob chodzi na trekkingi po okolicznych gorach i odwiedza plemiona, ktore ja juz widzialem. specjalnie przeszedlem sie po wioskach wokol Mae Salong zeby zobaczyc bardziej "prawdziwe" (o ile tu jeszcze cos moze byc prawdziwe) zycie plemion.
teraz zostaly mi w takim razie dwie rzeczy do zrobienia: zwiedzanie ogromnej ilosci swiatyn w miescie oraz kurs gotowania...
tajskie swiatynie wszystkie ociekaja zlotem. zlote jest praktycznie wszystko, od klamek przez posagi buddy az po szczyty budynkow i zwienczone nimi iglice. tylko czasem zdarzaja sie jakies nieduze i niezlote elementy...
calego tego zlota pilnuja zastepy zwierzat - najczesciej sloni,
lub rowniez zlotych tygrysow. to dwa najczesciej pojawiajace sie zwierzeta w tajskiej sztuce i religii. kiedys, za "dawnych dobrych czasow" bylo tu duzo zarowno tygrysow jak i sloni zyjacych na wolnosci, ale oczywiscie juz niewiele z tego zostalo. slonie teraz woza ludzi po gorach, a tygrysy zostaly juz praktycznie tylko na etykietach pudelek z mascia tygrysia...
swiatynie w Chiang Mai sa piekne (jak zreszta w innych miejscach w Tajlandii), ale ile mozna..? poszedlem jednego dnia tez na kurs, gdzie ugotowalem tak ostra zupe i curry, ze jadlem je ze lzami w oczach. a kiedy je przetarlem, bylem juz w Sukhotai.
Sukhotai jest dalej na poludnie, miedzy Chiang Mai i Bangkokiem. to dawna stolica Tajlandii, a dokladnie jednego z krolestw znajdujacych sie na tych terenach. jak mozecie sie spodziewac, po pieknym miescie zostaly tylko ruiny swiatyn i wlasnie to tutaj ogladalem.
wypozyczylem rower "turbo" i choc jezdzil z predkoscia rowerow bez turbo, udalo mi sie w ciagu polowy dnia zwiedzic ruiny rozrzucone na sporym obszarze, chociaz oczywiscie nieporownywalnie mniejszym od tych w Angkor Wat.
zeby jeszcze odwlec nieuchronny przyjazd do Bangkoku, zatrzymalem sie po drodze w Ayuthaia. miasto tak jak wieszkosc sasiednich, tez przez jakis czas bylo stolica Tajlandii... i tak jak w sasiednich, bylo sporo ruin ogromnych swiatyn. oprocz tego byl tez wieczorny bazar z pysznym (i tanim!) lokalnym tajskim jedzeniem. i nie wszystko bylo tak ostre jak to, co ja ugotowalem.
po tej cudownej kolacji, nastepnego dnia rano bylem juz gotowy ogladac te wszystkie ruiny. fakt, ze podobne to poprzednich, moze juz troche nudne, ale ciagle jakies nowe i interesujace. do tego niesamowicie opleciona korzeniami glowa buddy - zupelnie jak w Angkor. a nawet lepiej!
w coraz wiekszym upale ostatnich dni pory suchej doszedlem jeszcze do najdalszego punktu, czyli ogromnego lezacego buddy i pytajac o droge odwaznego chlopca chwalacego sie wezem, wrocilem do centrum.
pojechalem w koncu do Bangkoku. podobno mialo byc to miejsce z najlepszym stosunkiem ceny do jakosci hoteli. zataczalem przez dwie godziny okregi po czesciach miasta z najwiekszym zageszczeniem miejsc do spania i nic nie moglem znalezc... tak brudnych i drogich dziur, klit bez okien nie widzialem jeszcze nigdzie - ani w azji, ani w ampd, nawet chyba w NZ bylo lepiej... w koncu przypaliwszy sobie noge o goraca rure wydechowa zaparkowanego skutera, powiekszylem lekko budzet i zostalem na tylach restauracji w malym pokoju z oknami zabitymi dechami i wspolna zarzygana lazienka na korytarzu...
co oprocz tego widzialem ciekawego w Bangkoku? nooooo... jest na przyklad stary budynek parlamentu,
jest fort Phra Sumen,
a przede wszystkim wielki palac krolewski.
naprawde jest wieeelki.
chodzilem po nim pol dnia i nie udalo mi sie zobaczyc wszystkiego, wiec wrocilem jeszcze wieczorem.
podobnie jak inne budynki i swiatynie w tajlandii, tu tez wszystko ociekalo zlotem. niestety ze wzgledu na nadchodzaca burze, wszystko zloto sie nie swiecilo, ale wyobrazam sobie, jak neisamowicie musi to wygladac w ostrym sloncu.
nie udalo mi sie tez policzyc wszystkich figurek na zdobieniach, zgubilem sie gdzies przy 5 584 932...
zaraz za murem odgradzajacym tereny palacowe, sa kolejne mury odgradzajace tereny "buddyjskiego watykanu" czyli Wat Pho. znowu ogromny kompleks swiatynny miesci jednen z najwiekszych na swiecie posagow buddy. tak wielki, ze nie zmiescil sie nawet w obiektywie o kacie widzenia 122 stopnie...
poza tym w Wat Pho jest okolo 999 innych posagow buddy, wiele z nich pokazuje pozycje jogi. zanim powstala swiatynia, w tym miejscu nauczano tradycyjnej medycyny tajskiej - miedzy innymi tajskiego masazu i wlasnie jogi.
zeby odetchnac troche od ciaglego zwiedzania tych swiatyn i palacow, poszedlem zobaczyc co udalo sie wywalczyc czerwonym koszulom. caly naroznik ogromnego centrum handlowego byl spalony i zniszczony. czarne wypalone dziury zialy z dwoch stron budynku, a mlodzi Tajowie robili sobie zdjecia z tym wszystkim w tle.
zeby dalej sie jeszcze nie meczyc zwiedzaniem, ostatniego wieczoru w Bangkoku poszedlem ogladac walki tajskiego boksu, uznawanego za jedna z bardziej... skutecznych sztuk walki.
to co widzialem, moze nie bylo tak widowiskowe jak w tv, ale napewno bylo ciekawe.
i na zywo!

0 komentarze:
Prześlij komentarz