dla wielu wyjazd do takiego kraju jak Tajlandia to obowiazkowe zwiedzanie ruin, wszelakich zabytkow i muzeow. ale mniej wiecej dla takiej samej czesci turystow szturmujacych tajskie granice, te trzy rzeczy nie maja najmniejszego znaczenia. licza sie tylko plaze, odpoczynek i... miasto Pattaya.
zeby miec calosciowy poglad na kraj, postanowilem spedzic ostatnie dwa tygodnie wlasnie na wybrzeu.
zaczalem od miasta Pattaya. lezy okolo dwoch godzin jazdy autobusem na pd-wsch od Bangkoku. i tez jest stolica! napewno azjatycka, a chyba nawet swiatowa stolica sex-turystyki.
ze cos jest nie tak, a moze poprostu inaczej niz w innych miastach, widac juz jadac tuk-tukiem z dworca autobusowego do centrum. na ulicach turystow nie ma w ogole, wszyscy siedza w barach. i sa nimi (turystami) w 99% mezczyzni europejskiego lub polnocnoamerykanskiego pochodzenia. siedza przy stolikach lub barach otoczeni wianuszkami Tajek. i tak zycie kreci sie tu cala dobe. poza tym niewiele sie dzieje, na plazach ludzi praktycznie nie ma, zabytkow tez tu nie ma. zreszta miasto nie jest opisane nawet w wielu przewodnikach. jesli ktos tu dotarl, jest albo przejazdem, albo w wiadomym celu.
ja po dwoch nocach spedzonych w miescie pojechalem na Ko Samet - wyspe polozona u wybrzezy niedaleko Pattaya. miala byc parkiem narodowym, okazala sie jednak chaotycznie zabudowanym smietniskiem.
jak to bywa w takich miejscach ceny byly calkiem wysokie jak na tajskie warunki, wiec po kilku dniach przenioslem sie do tanszego hotelu w glebi wyspy. bylo bardzo brudno i troche kapalo w nocy jak deszcz padal, ale to za bardzo mi nie przeszkadzalo. przedostatniego dnia rano, w recepcji zaproponiwali mi zmiane pokoju na inny, bo w budynku, w ktorym mieszkalem, mial zaczac sie remont. na ostatnia noc nie chcialo mi sie przenosic i podziekowalem, powiedzialem, ze jutro i tak rano wstaje wiec mi nie bedzie przeszkadzalo. wyszedlem na plaze, a kiedy z niej wrocilem wieczorem i szedlem do pokoju, szczeka mi opadla. z mojego budynku zostal tylko drewniany szkielet i 4 sciany wokol mojego pokoju...
pogoda na Ko Samet nie dopisala, glownie ze wzgledu na zaczynajaca sie wlasnie pore deszczowa. bylo coprawda bardzo cieplo - zarowno powietrze jak i woda byly gorace, ale bylo ciagle pochmurno i padalo coraz czesciej nie tylko w nocy.
dlatego pojechalem jeszcze na poludnie, na plw. Malajski i wybrzeze Adamanskie. w prowincji Krabi znajduja sie chyba jedne z najpieknieszych krajobrazow azji pd-wsch. z lazurowego morza wyrastaja wapienne iglice - cos podobnego do Ha Long w Wietnamie, ktore ze wzgledu na fatalna pogode ominalem. a do Krabi chcialem pojechac odkad obejrzalem przygody Jamesa Bonda zmagajacego sie z Czlowiekiem ze Zlotym Pistoletem. film byl krecony wlasnie tutaj, nawet jedna z iglic/ wysp nosi nazwe agenta...
szczyt sezonu turystycznego przypada tu na nasza polska zime. teraz ludzi bylo juz mniej, chociaz pogoda ciagle cudowna. podczas swiat Bozego Narodzenia 2004 roku w wybrzeze tego regionu uderzyly fale tsunami niszczac prawie wszystko co znajdowalo sie w najblizszej odleglosci od wody. zginely tysiace osob, turystyka w regionie zamarla wrecz, ale teraz powoli wszystko wraca do normy. swiadectwem dawnych wydarzen i nauka z nich wyciagnieta sa tablice pokazujace kierunek ucieczki oraz megafony zainstalowane w wioskach.
a prowincja Krabi to wlasnie te niezliczone wyspy, iglice, lodki, krystalicznie czysta woda. jest pieknie, cieplo. w sam raz na odpoczynek po trudach pol-rocznej podrozy (od ostatniego odpoczynku na Pacyfiku).
jednym z bardziej znanych miejsc na odpoczynek sa wyspy Phi Phi. krecono tam (podobno) swietny film pod polskim tytulem "niebianska plaza" zdaje sie. tak samo jak w filmie, tak i na pocztowkach widoki sa wyidealizowane w photoshopie. na moim blogu sa takie, jak byly naprawde, wiec moze was to nie porwie. ale jest przepieknie.
same dwie wysepki Phi Phi sa parkiem narodowym, nie ma tam zadnej zabudowy. tylko jedna firma ma prawo organizwowac tam wycieczki z noclegiem. skusilem sie i poplynalem na nocleg pod gwiazdami.
ryzyka ciagle troche bylo, bo poprzedniego dnia po poludniu padalo i padalo do rana, wiec moglo nic nie wyjsc z tego "kempingu pod gwiazdami".
ale dzieki temu tez, wiekszosc chetnych (o ile jeszcze tacy byli) sie wykruszyla i na wyspe poplynely tylko 3 osoby oprocz mnie.
mielismy tylko dla siebie dwie plaze, rafe koralowa z bardzo bujnym zyciem, duze i male kraby (w tym jedne chodzace po drzewach),
rozgwiezdzone niebo i odlegle blyskawice na horyzoncie. a najlepszy byl swiecacy plankton, kiedy o polnocy kapalismy sie w zatoce!
wspanialy final azjatyckiej czesci mojej podrozy.





0 komentarze:
Prześlij komentarz